niedziela, 31 maja 2026

Chemiczna depopulacja

 W powieści Błękitny glob opisałem hipotetyczny świat, w którym stabilizacja demograficzna opiera się na strategii rozrodu sterowanego liczebnością gatunku, przy jednoczesnym utrzymaniu i doskonaleniu jakości osobniczej. Nowe badania opublikowane w "Nature Communications" sugerują, że również na Ziemi istnieje biochemiczny mechanizm działający jak swoisty bezpiecznik, zapobiegający nadmiernemu wzrostowi populacji.

Dotychczas obserwowany spadek płodności u ludzi tłumaczono czynnikami ekonomicznymi, stresem miejskim czy niedoborem zasobów. Jednak zespół naukowców z Uniwersytetu Kolorado w Boulder pod kierunkiem prof. Dinga Xue wykazał, że u podłoża tego zjawiska leży głęboko zakorzeniony, ewolucyjny mechanizm biologiczny. U ssaków odpowiada za niego katepsyna B – enzym z grupy proteaz cysteinowych.

 Badania pokazują, że w warunkach dużego zagęszczenia osobników komórki zaczynają wydzielać tę proteazę, która uszkadza DNA komórek sąsiednich. W konsekwencji rośnie liczba mutacji w komórkach rozrodczych, spada płodność, rodzi się mniej potomstwa, a młode częściej mają wady rozwojowe. Długotrwała aktywacja tego mechanizmu prowadzi do kumulacji mutacji przekazywanych między pokoleniami, obniżenia jakości genomu populacji i trwałego spadku zdolności rozrodczej. Mechanizm działa więc szybko i skutecznie jako regulator liczebności, lecz kosztem pogorszenia jakości genetycznej i zdrowotnej populacji.

Świat Błękitnego globu opiera się na założeniu, że stabilność liczebności i wysoka jakość osobnicza mogą współistnieć dzięki mechanizmom regulacyjnym, które nie niszczą materiału genetycznego. Taka symbioza między jednostką a populacją sprzyja długofalowej adaptacji i kumulacji korzystnych cech.

Ziemski model konkurencji jest znacznie bardziej brutalny – presje środowiskowe i wysoka gęstość populacji uruchamiają mechanizmy redukujące liczbę potomstwa poprzez uszkodzenia DNA. To rozwiązanie działa szybko, ale prowadzi do obniżenia jakości populacji i zwiększa ryzyko długotrwałego osłabienia gatunku.

Konfrontacja fikcyjnego świata Błękitnego globu z odkryciami naukowymi uwypukla dylemat: czy lepsza jest stabilność osiągana przez symbiozę i pielęgnowanie jakości, czy szybkie, destrukcyjne hamulce ratujące liczebność kosztem genomu. Powieść Błękitny glob pozwala wyobrazić sobie alternatywy i zastanowić się, jakie rozwiązania – technologiczne, społeczne i etyczne – warto rozwijać, by łączyć stabilność z troską o jakość przyszłych pokoleń.

Może właśnie dlatego literatura spekulatywna, do jakiej należy fantastyka naukowa, jest nam potrzebna, by pokazać, że istnieją inne możliwości. Że równowaga nie musi oznaczać destrukcji. Że przyszłość można projektować, zanim biologia napisze ją za nas.

 Link do źródła: https://www.national-geographic.pl/nauka/dlaczego-w-miastach-rodzi-sie-mniej-dzieci-naukowcy-odkryli-w-naszych-cialach-biologiczny-przelacznik/

niedziela, 24 maja 2026

Granice oryginalności

 

Pisząc o wymierającym gatunku, jakim w moim mniemaniu staje się pisarz (Logika Uniwersum: Wymierający gatunek - pisarz), całkiem trafnie przewidywałem, że skutki używania sztucznej inteligencji będą widoczne w tym przypadku w czasie bardzo nieodległym. Na efekty nie trzeba było długo czekać i, co ciekawe, przyszły one z całkiem niespodziewanej strony. To nie podrzędni i mało znani twórcy stali się przyczyną medialnej aktywności, lecz poruszenie wywołały słowa naszej noblistki, Olgi Tokarczuk.

Pisarka przyznała, że przy pracy nad swoją ostatnią książką korzystała ze sztucznej inteligencji w zakresie szerszym niż tylko użycie jej jako źródła wiedzy czy merytorycznego opracowania faktów. Takie zastosowanie nie budzi kontrowersji, gdyż nie różni się zasadniczo od samodzielnego studiowania bibliografii. Problemem stała się wypowiedź noblistki: „Często rzucam maszynie pomysł do analizy z prośbą: kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?”.

Chociaż pisarka później wyjaśniła swoje słowa, zapewniając o oryginalności swojej twórczości, to jednak zasiała w umysłach czytelników pewien niepokój. Warto zastanowić się, gdzie leży granica oryginalności utworu i do jakiego momentu można uznać, że jest on wyłącznie efektem pracy pisarza.

To, co dostaje do ręki czytelnik, nie jest i nigdy nie było pierwotnym rękopisem. Tekst przechodzi proces redakcji, a później korekty, co znajduje przecież odbicie w stopce redakcyjnej. Jest poprawiany nie tylko pod względem ortografii i gramatyki, lecz także redaktor kieruje do autora pewne propozycje zmian. To prawda, że są to zmiany niewielkie, czasem tylko kosmetyczne, ale jednak ingerują w oryginał. Nikt nie zgłasza o to pretensji, więc zastąpienie w tym procesie człowieka przez AI nie powinno budzić kontrowersji.

Pozostaje pytanie o inspiracje. Tu Olga Tokarczuk stanowczo zaprzecza. Nie wdając się w rozważania, czy odpowiada to prawdzie, warto zauważyć, że pomysły przetworzone później w treść książki pochodzą z różnych źródeł – i nie chodzi tu tylko o wspomniane przez noblistkę sny, ale także o prozaiczne rozmowy z ludźmi. Nikt nie oczekuje, że ich nazwiska znajdą się później na liście współautorów. Umysł pisarza jest wyczulony na wszelkie bodźce, a każdy z nich może okazać się inspirujący. Użycie w tym kontekście sztucznej inteligencji może być traktowane podobnie, choć bezsprzecznie budzi oczywiste wątpliwości.

Co zatem przesądza o oryginalności?

Na utwór literacki składają się przede wszystkim trzy filary: pomysł, treść i forma. O pomysłach i inspiracji wspomniałem wcześniej, pozostają więc jeszcze dwa elementy. Dopóki treść jest tworzona przez autora, można mówić o oryginalnym dziele; kiedy autora wyręcza w tym AI – już z pewnością nie. Na koniec pozostaje forma, a więc indywidualny styl, który wyróżnia każdego twórcę. Jeśli w tej części zastąpi go któryś z modeli językowych, to taki utwór nie da się już uznać za dzieło ludzkie, gdyż udział człowieka jest tu bezdyskusyjnie marginalny.

Tezę o wymierającym gatunku sformułowałem w 2023 roku. Po trzech latach stwierdzam, że gatunek Homo scriptor humanus już stał się zagrożony, a wkrótce znajdzie się na granicy wymarcia. Podobnie jak programy komputerowe, które dziś coraz częściej są generowane przez specjalizowane narzędzia AI, tak i utwory literackie czeka ten nieubłagany los. W pierwszej kolejności treść będzie – a często już jest – generowana na podstawie opisu autora, a ostatecznie całość stanie się dziełem sztucznej inteligencji.

Literatura nie uniknęła dyktatu rynku, więc tworzenie utworów takich, jakich oczekują czytelnicy, będzie tańsze i łatwiejsze przy użyciu cyfrowej, a nie ludzkiej inteligencji. Spodziewam się również, że po tę drogę twórczości sięgną niestety ci, którzy z pisarstwa żyją. Ekonomia jest nieubłagana, a presja na komercyjne wydawanie książek może okazać się niemożliwa do odrzucenia.

Ostatnimi w pełni ludzkimi pisarzami pozostaną jedynie ci, którzy tworzą z wewnętrznej potrzeby, nie oczekując przy tym komercyjnego sukcesu. W tym kontekście pisarstwo stanie się już tylko hobby.


sobota, 9 maja 2026

Emilcin 1978

10 maja 1978 roku w Emilcinie rolnik Jan Wolski zgłosił jedno z najbardziej zagadkowych i najlepiej udokumentowanych anomalnych zdarzeń w Polsce. Jego relacja o spotkaniu z niewielkimi istotami i unoszącym się pojazdem była wielokrotnie analizowana przez ufologów, psychologów i badaczy kultury. Do dziś nie istnieje jednoznaczne wyjaśnienie i właśnie ta trwała niejednoznaczność czyni incydent tak interesującym.

Z naukowego punktu widzenia przypadek Wolskiego to cenny materiał do badań nad percepcją, pamięcią i społecznymi mechanizmami interpretowania nieznanego. Pokazuje, jak indywidualne doświadczenie może zostać włączone w szerszy kontekst kulturowy, stając się częścią zbiorowej wyobraźni.

Niezależnie od tego, czy istnienie kosmitów traktujemy jako hipotezę naukową, kulturowy mit czy narzędzie literackie, pełnią oni w fantastyce naukowej ważną funkcję interpretacyjną – pozwalają pokazać zjawiska społeczne i polityczne w formie wyrazistej metafory. Właśnie tak dzieje się w moim opowiadaniu „Ci biedni Indianie”, gdzie motyw „szaraków” nie pełni funkcji realistycznego opisu obcych cywilizacji, lecz służy jako metafora niepohamowanej ekspansji gospodarczej i imperialistycznych ambicji. To personifikacja sił, które wchodzą w cudzą przestrzeń, narzucają własne reguły i uzasadniają dominację rzekomą „misją cywilizacyjną”.

W tym sensie Emilcin przypomina, że opowieści o „obcych” często są odbiciem naszych własnych lęków i pragnień oraz ostrzeżeniem przed tym, jak łatwo usprawiedliwić ekspansję, gdy nada się jej pozór wyższej konieczności.

Polecany post

Chemiczna depopulacja

 W powieści   Błękitny glob  opisałem hipotetyczny świat, w którym stabilizacja demograficzna opiera się na strategii rozrodu sterowanego li...

Najczęściej wyświetlany post